Karla Wolff
Karla Wolff w czasie wywiadu
Copyright © Yair Gil

W marcu 2008 roku dzięki pomocy naszych przyjaciół z Izraela został przeprowadzony wywiad z uroczą Panią, która urodziła się we Wrocławiu i tu spędziła okres drugiej wojny światowej. Karla Wolff z domu Grabowsky, bo o niej właśnie mowa, była dzieckiem z mieszanego małżeństwa, dlatego jej los był nieco odmienny od tego, jaki spotkał większość wrocławskich Żydów. Informacje uzyskane od pani Wolff rzucają nowe światło na działający w czasie drugiej wojny światowej na cmentarzu żydowskim przy ul. Lotniczej szpital, a także ukazują schyłek wrocławskiej gminy żydowskiej tak, jak widziała to jedenastoletnia w chwili wybuchu wojny dziewczyna.

Przedwojenna gmina żydowska w ówczesnym Breslau była bardzo prężną jednostką. Jednak wojna i kolejne ustawy antyżydowskie coraz bardziej ograniczały zakres jej działalności, nakładając na Żydów kolejne zakazy. Na początku konfliktu w mieście zamieszkiwało około dwustu mieszanych małżeństw. Dzieci z tych związków niekiedy wychowywane były w religii protestanckiej, a czasami w mozaistycznej. Dzieci z tej drugiej grupy od 1941 roku nie mogły już więcej chodzić do szkoły, a od września tego samego roku – jak inni Żydzi – musiały nosić przyszytą do ubrania żółta gwiazdę. Starsze dzieci były kierowane do pracy. I tak pani Wolff zaczęła pracę w żydowskim domu starców. Wspomina ona, że pomagała starszym osobom, gdy ci byli razem z innymi gromadzeni na dziedzińcu przy synagodze przed wywózką z Wrocławia. Ostatni duży transport Żydów z Wrocławia do KL Auschwitz-Birkenau miał miejsce na przełomie lutego i marca 1943 roku. Po tym wydarzeniu w mieście pozostali tylko starcy i osoby z małżeństw mieszanych (starszych ludzi wysłano później do getta w czeskim Teresinie). Nieruchomości należące do gminy – przy ówczesnej Wallstrasse 9-13 (dzisiejsza ul. Włodkowica) zostały odebrane gminie i użytkowane jako „dom niemieckich pielęgniarek”.

Ponieważ pozostających w mieście Żydów z małżeństw mieszanych nie dopuszczano do niemieckich szpitali, zadecydowano o stworzeniu na terenie cmentarza żydowskiego przy ul. Lotniczej szpitala. Powstał on w budynku zarządu i był raczej „stacją dla chorych” niż szpitalem. Pani Wolff rozpoczęła tam pracę jako „dziewczyna do wszystkiego” – gotowała, sprzątała, kiedyś nawet asystowała przy operacji. Na wyposażenie szpitala otrzymali niewiele sprzętu, a budynek sami musieli przystosować do nowych celów. Na parterze zorganizowali między innymi dwie sale dla chorych, salę operacyjną i pokój dla lekarza (jednocześnie Pani Wolff potwierdza istnienie na parterze budynku zarządu – jeszcze przed wojną – kwiaciarni), a na piętrze izolatkę, laboratorium i małą kuchnię. W szpitalu pracowały trzy zawodowe pielęgniarki – dwie w ciągu dnia i jedna na nocne zmiany.

W dzisiejszych czasach nie jest to zauważalne, ale w okresie drugiej wojny światowej cmentarz żydowski znajdował się relatywnie bardzo daleko od samego miasta. Tym bardziej, że Żydzi nie mogli jeździć tramwajami (pani Wolff miała indywidualne zezwolenie na posiadanie i używanie roweru). Właśnie fakt dużej odległości – jak podkreśla pani Wolff – sprawiał, że pracownicy szpitala czuli się w nim naprawdę dobrze, ponieważ mieli namiastkę wolności. Co prawda codziennie przed obchodem lekarskim zjawiał się u nich przedstawiciel miejscowego Gestapo i osobiście decydował o tym, kto może pozostać w szpitalu, a kto ma iść do domu czy do pracy. Jednak oni sami byli z dala od miasta, od obowiązku noszenia żółtej gwiazdy, nie musieli wciąż oglądać się za siebie, czy ktoś ich nie śledzi, czy nie są w niebezpieczeństwie. Byli wśród natury i wśród zmarłych. Dla pani Wolff był to jeden z najlepiej wspominanych okresów podczas całej wojny.

Niekiedy praca w szpitalu bywała bardzo ciężka – zwłaszcza w sytuacjach, gdy zapełnionych było chorymi dwadzieścia do dwudziestu pięciu łóżek. Mimo trudności w dostawie żywności „szpitalna” kucharka o imieniu Susie zawsze potrafiła przygotować posiłek dla wszystkich, biorąc składniki nie wiadomo skąd. Czasami miały miejsce sytuacje bardzo ekstremalne. Na przykład pewnego dnia przyprowadzono im z pobliskiego obozu pracy ciężarną Żydówkę, której zbliżał się termin porodu. Była to bardzo dziwna sytuacja, gdyż zwykle takie kobiety były wywożone do obozów zagłady. Personel szpitala tylko mógł podejrzewać, iż ojcem nienarodzonego dziecka jest jakiś niemiecki oficer i stąd specjalne traktowanie kobiety. Żeby ukryć ciężarną przed codziennymi wizytami Gestapo, umieszczono ją w izolatce na piętrze, razem z pacjentem chorym na gruźlicę. Po dwóch tygodniach pobytu nastąpiło rozwiązanie, a dwa dni później zniknęła kobieta i dziecko. Pani Wolff nigdy nie dowiedziała się, jakie były dalsze losy młodej Żydówki i jej dziecka. Inną niebezpieczną sytuacją było przeprowadzenie zabiegu aborcji u dziewczyny z gminy żydowskiej. Gdyby władze niemieckie dowiedziały się o ciężarnej Żydówce, zostałaby ona wywieziona. Z drugiej strony każdej operacji w „stacji dla chorych” przyglądał się z wysokości balkoniku ktoś z Gestapo i kazał sobie dyktować, jakie czynności są kolejno wykonywane. Mimo tego taki zabieg przeprowadzono „w asyście” gestapowca, podając mu po prostu nieprawdziwe informacje.

Grabowsky
Karl Grabowsky - wujek Karli Wolff -
pochowany na polu honorowym

Osobnym tematem w opowieści pani Wolff są więźniowie pobliskich obozów pracy: Masselwitz (Maślice), Neukirch (Żerniki) i Hundsfeld (Psie Pole). Co jakiś czas pracownicy szpitala otrzymywali telefon z któregoś z obozów z informacją, iż tego dnia zostanie im przywieziona dana ilość zmarłych (pochodzenia żydowskiego), w celu ich pochowania. Najczęściej były to ofiary brutalnego traktowania, pracy ponad siły, niedożywienia lub po prostu chorób. Zmarłych myto i chowano w osobnych grobach. Tą drogą – rozmawiając z więźniami przywożącymi zwłoki – pracownicy szpitala dowiadywali się więcej o obozach pracy i panujących w nich warunkach. Czasami też przywożono im rannych więźniów w celu ich opatrzenia, nigdy zaś hospitalizacji. W ten sposób nawiązywał się dziwny rodzaj przyjaźni z w sumie nieznajomymi ludźmi. I więźniowie, i pracownicy szpitala byli Żydami i to ich łączyło. Obydwie strony szanowały się i pomagały na tyle, na ile było to możliwe. Przyjeżdżający więźniowie zawsze mogli liczyć na to, że w kuchni dostaną kubek gorącej herbaty i kawałek chleba.

Jesienią 1944 roku władze niemieckie wydały rozkaz, iż każdy Żyd z mieszanego małżeństwa przebywający jeszcze we Wrocławiu ma się stawić do ostatniego transportu. Oznaczało to dla pani Wolff i jej ojca konieczność ukrywania się, o co zadbała jej matka. Do rzeczonego transportu ostatecznie nie doszło, bowiem obóz, do którego miał on pójść, znalazł się już w strefie walk z Rosjanami. Tymczasem szpital na cmentarzu przy ul. Lotniczej działał dalej, już bez pani Wolff, aż do grudnia 1944 roku.

Pani Wolff podaje ponadto jeszcze dwie ważne i ciekawe informacje. Po pierwsze – pochówki na cmentarzu przy ul. Lotniczej były spisywane regularnie aż do 1943 roku. Druga dotyczy okoliczności pochówków w okresie przedwojennym. Rodzina zmarłego przed pogrzebem dostawała swojego rodzaju książeczkę, album. Zawierała ona między innymi informacje o dacie i godzinie pogrzebie, miejscu pochówku (numer pola i kwatery) oraz teksty modlitw – w tym Kadisz.